Szpital przetrwania

Rok 2014. Piękny lipcowy dzień. Postanawiamy iść na spacer. Całą trójką, bo Jasia nie było jeszcze na świecie, tzn. miał się pojawić, ale miałam się o tym dowiedzieć dopiero za kilka dni. Nagle jak grom z jasnego nieba zdarza się nieszczęśliwy wypadek. Musimy natychmiast jechać z Arbuziakiem do szpitala. Uraz głowy, prawdopodobnie wstrząśnienie, odsyłają nas z naszego szpitala do odległej o 70 km  placówki wojewódzkiej, bo w małym szpitalu powiatowym nie mają chirurgii. Jedziemy własnym autem. Nie. Nie jedziemy, my pędzimy, bo chodzi o zdrowie i życie naszego dziecka. Jesteśmy przerażeni. Kiedy docieramy na miejsce, zmuszeni jesteśmy najpierw wypełnić mnóstwo papierów. Polska papierologia. Czas dłuży się nieubłaganie. Zostajemy przyjęci. W końcu, bo zdaje się to trwać wieczność. Lekarze i pielęgniarki, choć niezadowoleni zgadzają się, abym mogła nocować z dzieckiem. „Nocować” to chyba nie najlepsze słowo w tej sytuacji, bo nie zmrużyłam oczu nawet na chwilę. Spędziliśmy tam 3 dni. Jedne z najgorszych dni w moim życiu. I nawet nie chodzi tu tylko o to, że bałam się jak nigdy dotąd. Nie rozumiałam, jak można żądać, aby 4 letnie dziecko, zdezorientowane całą sytuacją, wystraszone i będące pierwszy raz w obcym miejscu miało tam zostać samo?! W dodatku w sali, znajdującej się na n-tym piętrze, z oknami gdzie może dojść do tragedii, bo niczym nie zabezpieczonymi, z łóżkami wysokimi, z których dziecko może z dużej wysokości spaść na twarde płytki. Nie pozwolono, abym spała na karimacie, dlatego spędziłam 3 noce, siedząc na krześle i czuwając przy dziecku. Po tych 3 dniach od zmęczenia i wyczerpania moje nogi były spuchnięte jak nigdy dotąd. W dodatku personel nie miał podejścia do dziecka, wszystkie czynności przy nim wykonywał machinalnie, gdzie dziecko płakało przestraszone na cały korytarz, a mnie udzielano zdawkowych odpowiedzi. Jestem przerażona, do dziś siedzi to w mojej głowie i nie mogę uwierzyć, że to XXI wiek, a rodziców którzy chcą czuwać przy własnych dzieciach traktuje się gorzej niż więźniów. Pobyt tam porównać można do obozu przetrwania.  Nawet przy wypisie zostałam źle potraktowana tylko dlatego, że dziecko ma inne nazwisko niż ja (to nic że po Panu Tacie).

Wiem, że podobnych przypadków jak nasz jest całe mnóstwo. Rodzicom każe się płacić za pobyt z dzieckiem na oddziale, w dodatku więcej niż w niejednym hotelu. Biorąc pod uwagę, że czas spędzony w placówce to czasem kilka-kilkanaście dni, suma robi się nie mała. Jednocześnie rodzice mają problemy z dostępem do przegotowanej wody-po to choćby, aby zrobić dziecku mleko. Przepisy zabraniają bowiem wnoszenia własnych czajników elektrycznych, a pielęgniarki nie zawsze mają czas i ochotę na podanie tejże wody. Wyżywienie rodzica we własnym zakresie. Problemem są też łazienki. Nie zamykane od środka. Te same dla dzieci i rodziców. W zasadzie to one są tylko dla maluchów, co jest napisane na drzwiach.

Nie sposób opisać w jednym poście wszystkich problemów rodziców małych pacjentów. To tylko wierzchołek góry lodowej. Wiem, że jest garść placówek, gdzie warunki są inne, po prostu bardziej ludzkie. I nie chcę tu wylewać swoich żali czy budzić współczucia. Zdaję sobie sprawę, że niektórych aspektów, tych szczególnie za którymi stoją pieniądze nie da się tak łatwo i szybko zmienić, ale czasem wystarczyłaby odrobina dobrej woli. W szpitalach też pracują ludzie, którzy sami są matkami, ojcami, dziadkami. Wystarczyło by aby otworzyli nieco serca na małych pacjentów, przestali traktować ich rodziców jak intruzów. Oni są tam bo martwią się o swoje dzieci. Wykonują przy tym pracę, którą gdyby nie oni zmuszeni byliby wykonywać pracownicy-przebierają je, uspakajają, karmią, myją, itp. Sprawiają że maluchy czują się bezpieczniej, są spokojniejsze a przez to szybciej wracają do zdrowia. Rodzice to nie nieproszeni goście. To nie więźniowie, ani intruzi. Nie można oczekiwać, że rodzic w najtrudniejszym dla własnego dziecka momencie zostawi je cierpiące w obcym miejscu, podłączone do kroplówki, obolałe a przede wszystkim wystraszone. Wystarczyłby zwykły ludzi odruch. Tylko tyle. I aż tyle…

 

Zdjęcie ze strony internetowej psychologia.wieszjak.polki.pl dostępne tu.